Administracja | [ Zaloguj ]

Aktualności

Rocznica Powstania Warszawskiego

2010-07-31 00:00

66 lat temu, 1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie... Pzedstawiamy fragment wspomnień Anieli Muraszki (siostry Agaty) opublikowanych w książce Jana Zaleskiego "Kronika życia" (wydanej przez Małe Wydawnictwo). Siostra Agata była ciotką Jana Zaleskiego, ojca ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

Relacja Anieli Muraszki z Powstania Warszawskiego (maszynopis):

Trzykrotnie pod murem straceń

Pierwsze ocalenie

We wtorek 1 sierpnia 1944 r., w dniu wybuchu powstania, udałam się do centrum miasta. Ciągnęłam ze sobą wózek, gdyż kierownik jednego z magazynów obiecał podarować siostrom żywność. W magazynie panowała ogromna nerwowość. Gdy pobierałam produkty, zbiegły się różne osoby, domagając się wydania żywności również dla nich. Szybko załadowałam na wózek mleko w proszku, cukier i miód. Wszędzie już było słychać strzały, ale szczęśliwie udało mi się wrócić do klasztoru. W sobotni poranek 5 sierpnia uczestniczyłyśmy w naszej kaplicy we mszy św., którą odprawił ojciec redemptorysta z pobliskiego klasztoru. Przed wyjściem westchnął jeszcze: „Siostry, tak chętnie chciałbym zostać u was”. Widocznie przeczuwał swoją śmierć. W południe tego samego dnia Niemcy i towarzyszący im Ukraińcy zaczęli wypędzać na ulice mieszkańców ze wszystkich domów na całej Woli. Przed wtargnięciem Niemców do klasztoru nasza przełożona, s. Józefa otwarła tabernakulum i rozdała nam komunikanty. Pozostałe włożyła do dwóch puszek, które zamierzała zabrać ze sobą. Ja zabrałam walizeczkę z paramentami liturgicznymi, a zakrystianka, s. Bogumiła, butelkę wina mszalnego. Poza tym każda z sióstr zabrała brewiarz. Resztę rzeczy, w tym też rzeczy osobiste, pozostawiłyśmy, gdyż tak miesiąc wcześniej pouczył nas prowincjał ojców Karmelitów. Mówił, aby gdy nadejdzie zagrożenie, nic ze sobą nie zabierać, tylko puszki z tabernakulum, brewiarze i paramenty do mszy św. Niemcy podłożyli ogień, gdy jeszcze byłam w środku; a do piwnic, w których ukrywali się Polacy, wrzucili granaty. Pobiegłam do łazienki, gdzie otwarłam wszystkie krany, ale lejąca się woda oczywiście nie mogła ugasić płomieni.

Na klasztorny ogród spędzono wszystkie siostry oraz mieszkańców, którzy ukrywali się w naszych zabudowaniach. Jeden z żołnierzy podszedł do s. Bogumiły i odebrał jej wino. Otworzył butelkę i dał jej wino do spróbowania, poczym wypił całą butelkę od razu. W tym czasie Niemcy rozdzielali mężczyzn od kobiet i dzieci, a następnie rozstrzeliwali ich pod murem klasztornym. Przełożona zakazała nam na to patrzeć, ale nie mogłam odwrócić głowy. Widziałam więc, jak po całym ogrodzie biegali żołnierze, ale pochyleni, gdyż za murem trwała bitwa z powstańcami. Kule padały zza muru na trawnik, wyrywając z niego kępki trawy. Na szczęście nie było rykoszetów, które by nas zraniły. Poprowadzono nas pod mur posiekany kulami, gdzie rozstrzeliwano ludzi. Pilnowało nas dwóch żołnierzy, czekających na rozkaz rozstrzelania nas. Obok stało dwóch mężczyzn i jeden staruszek. Obaj mężczyźni trzymali na rękach małe dzieci, licząc, że ich to uratuje. Przełożona podeszła do nich i podała im Komunię świętą. Oni lękali się przyjąć komunikanty, gdyż mówili, że nie byli do spowiedzi. Przełożona powiedziała im jednak, żeby zrobili tylko rachunek sumienia i bez obawy przyjęli Pana Jezusa. Tak też uczynili. Po chwili podeszli do nich Niemcy, wyrwali im te dzieci i rzucili je jak piłki na trawnik. Ich matki podbiegły szybko, by je zabrać. Pierwszemu mężczyźnie kazano iść przed siebie. Gdy zrobił kilka kroków, padł strzał, który go zabił. Drugi mężczyzna szedł po bohatersku, wyprostowany. Dostał jedną kulę, ale szedł dalej. Dopiero druga kula zdołała go powalić. Siostra przełożona rozdawała komunikanty pomiędzy idących na śmierć, aż obie puszki pozostały puste. Obok mnie stała cały czas siostra Klara Zielińska, która wstąpiła do zakonu pod wpływem ojca Władysława Korniłowicza z Lasek, którego była penitentką. Cały czas modliła się żarliwie. Byłyśmy pewne, że zaraz zginiemy. Zrobiłam rachunek sumienia, a jedna z sióstr powiedziała: „Jeszcze dziś będziemy w niebie”. Wówczas siostra Elżbieta głośno krzyknęła: „Jezus, Maryjo, św. Józefie – w ręce wasze oddajemy dusze nasze!”. Wtedy do oficera niemieckiego, dowódcy oddziału, który obserwował egzekucje, stojąc na ganku klasztornym, podszedł jakiś młody żołnierz i długo go o coś prosił. Po chwili oficer kiwnął głową i żołnierz odprowadził nas wszystkie na bok. Ten żołnierz mówił do nas po polsku, był bowiem Ślązakiem. Powiedział, że ma siostrę rodzoną w zakonie i że wyprosił u oficera nasze uwolnienie.

Tymczasem ów staruszek stał dalej pod ścianą i straszliwie płakał. Któryś z Niemców zapytał go „Czemu płaczesz?”. Wówczas jedna z sióstr, znająca niemiecki, odpowiedziała za niego: „Czy nie widzi Pan, co się dzieje?”. Wówczas ten żołnierz powiedział, aby siostry dały owemu staruszkowi chustkę na głowę i wzięły go między siebie. Pod eskortą opuściłyśmy klasztor. Było nas razem siedemnaście sióstr karmelitanek. Za nami szła grupa kobiet, które głośno płakały, gdyż pozabijani ich mężowie i ojcowie pozostali pod murem. Wraz z nimi szły także ich dzieci. Ów żołnierz wyprowadził nas na ul. Wolską, cały czas wołając: „Szybko, szybko”. Na koniec rzekł jeszcze: „Siostry przede wszystkim powinny podziękować Panu Bogu, a następnie mojej siostrze. Ja to zrobiłem dla niej, bo wiem, że ona by tego ode mnie żądała”. Szłyśmy wśród płonących domów, które Niemcy polewali benzyną. Spadały fragmenty kamienic, wzbijając jeszcze większe płomienie. Ostatecznie odprowadzono nas do szpitala, gdzie pracowały siostry szarytki. Warunki były straszne. Przebywałyśmy tam prawie tydzień. Przełożona szukała księdza, aby odprawił mszę św. W końcu wzięła nosze i wraz z jednym z mężczyzn poszła na sąsiednią ulicę, gdzie miał znajdować się jakiś ksiądz. Rzeczywiście znalazła go. Lekko nacięła mu skórę na ręce i obandażowało ją tak, aby wyglądał na rannego. Następnie pożyła go na noszach i wraz ze wspomnianym mężczyzną przyniosła do szpitala. Kapłan odprawiał w szpitalnej kaplicy msze św. spowiadał ludzi oraz udzielał sakramentu namaszczenia chorych. Jednej nocy wyszłam do ogrodu, aby odmówić różaniec. Widziałam, jak płonie całe miasto. Widok był straszny. Później czytałam po latach wizję św. Siostry Faustyny, która pisała o „mieście w ogniu”. To na pewno była przepowiednia o ginącej Warszawie.

Widziałam też, jak do pobliskiego kościoła św. Wojciecha codziennie przywożeni byli warszawiacy, których wieczorem rozstrzeliwano, a w nocy palono ich zwłoki. Do nas, sióstr zakonnych, przychodziło dużo żołnierzy niemieckich, którzy mówili po polsku. Najczęściej byli to Ślązacy. Jeden przyniósł nawet cukierki dla dzieci. Przełożona zapytała go: „Dla jakich dzieci, polskich czy niemieckich?”, a on odpowiedział, że „dla polskich”. Inny żołnierz płakał, że nie może już brać udziału w tych strasznych egzekucjach i że ma ochotę rzucić ten karabin. Pewnego dnia przyszedł jeszcze inny żołnierz mówiący po polsku i poinformował, że w kościele ojców Redemptorystów na ziemi rozsypane są komunikanty. Widocznie ojcowie w obliczu śmierci dawali je wiernym, ale nie wszystkie zdążyli rozdać. Wówczas przełożona dała żołnierzowi kopertę, aby pozbierał je do niej. Tak też zrobił. Gdy wrócił, na ramieniu miał karabin, a pod mundurem schowaną, wypełnioną po brzegi kopertę. Uklęknęłyśmy przed nim, co go ogromnie zdziwiło. Przyniesione komunikanty od ojców redemptorystów siostra przełożona rozdawała nam przez następne dni. Innego dnia ten sam żołnierz kazał nam iść do kościoła św. Wojciecha, gdyż i tam zauważył rozsypane komunikanty. Poszłam wraz z jedną, starszą już wiekiem, nowicjuszką. Znała ona dobrze język niemiecki. Pozbierałyśmy z podłogi rozsypaną puszkę z komunikantami, a także porozrzucane po całym kościele stuły i komże. Księża bowiem spowiadali do ostatniej chwili. Do samej zakrystii nie wchodziłyśmy. Przed kościołem leżały spalone zwłoki rozstrzelanych ludzi.

Drugie ocalenie

Po kilku dniach wyprowadzono nas ze szpitala na ul. Wolską. Rozpoczęły się kolejne egzekucje mieszkańców Woli. Ludzi masowo rozstrzeliwano. Jedna z pielęgniarek wołała do lekarza: „Panie doktorze, ratuj mnie”. Lekarz odpowiedział: „Cóż ja mogę – dziś Pani, jutro ja”. Od niechybnej śmierci uratował nas starszy żołnierz niemiecki, który stał na placu. Zabrał nas wszystkie z placu rozstrzeliwań i wprowadził na ulicę. Powiedział do nas po polsku: „Siostry, idźcie prosto, omińcie kościół św. Wojciecha i idźcie w stronę Krakowa. Nigdzie się nie zatrzymujcie i starajcie się jak najszybciej opuścić Warszawę”. Poszłyśmy więc prosto, po drodze mijając cmentarz na Woli. Na cmentarzu spędzeni Polacy zmuszani byli do kopania dołów na zwłoki. Patrzyli na nas z ogromnym smutkiem, wielu płakało. Byli potwornie zmęczeni. Szłyśmy kilka kilometrów, aż dotarłyśmy na przedmieścia Warszawy, gdzie stały bardzo ładne domki jednorodzinne. Zatrzymywały nas patrole wojskowe, ale przełożona miała papiery z konsulatu hiszpańskiego, które wyrobił jej jeden z karmelitów, Hiszpan rodem. Puszczano nas dalej. Dopiero na samym końcu przedmieścia z bardzo ładnej willi wyszedł do nas oficer niemiecki. Z jego miny widać było, że nas dalej nie puści. I rzeczywiście odmówił przepuszczenia nas, mówiąc, że „nie tacy przebierańcy tu już byli”. Nakazał nam powrócić do Warszawy. Musiałyśmy więc wiele kilometrów iść z powrotem na Wolę. Tam żołnierze wprowadzili nas do kościoła św. Wojciecha przy ul. Wolskiej, nakazując posprzątanie świątyni. Przełożona była przekonana, że idziemy na pewną śmierć, gdyż przed kościołem leżały stosy spalonych zwłok. Dlatego też przed wejściem do świątyni udzieliła w obliczu śmierci wszystkim nowicjuszkom profesji zakonnej. Odmówiłyśmy „Te Deum”. Kościół był nieprawdopodobnie brudny. Uwięzieni ludzie załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne w przedsionku. Musiałyśmy wszystko czyścić gołymi rękami. Na środku kościoła stało okrwawione krzesło, na którym męczono więźniów. Wieczorem pod kościół przywożono ciężarówką mężczyzn, których od razu rozstrzeliwano. Biedni ci ludzie patrzyli na nas z ogromną żałością.

Trzecie ocalenie

Nazajutrz wyprowadzono nas z kościoła. Ze spokojem czekałyśmy na śmierć. Obok paliły się stosy ze zwłokami rozstrzelanych. Jednak po raz trzeci Pan Bóg nas ocalił. Żołnierze odprowadzili nas bowiem nie pod mur straceń, ale na ul. Wolską. Kazano nam znów iść wiele kilometrów, tym razem na dworzec kolejowy w Pruszkowie. Droga była bardzo męcząca. Słaniałyśmy się na nogach, bo żadna nic nie jadła. Na dworcu spędzono nas do jednego ciasnego pokoju; oczywiście nie dostałyśmy nic do jedzenia. Następnego dnia wraz z innymi mieszkańcami Warszawy zapędzono nas do pociągu towarowego. Pociąg ruszył. Na postoju w lesie jedna z sióstr karmelitanek, rodem z Francji, ułamała kilka zielonych gałązek i powtykała je pomiędzy zewnętrzne deski wagonu. Był to bowiem dzień 15 sierpnia, dzień Matki Bożej Zielnej.

powrót