„Teologia do poduszki”
Wybór kazań
1. /Rz 11, 13-32; Mt 15, 21-28/ 2. Jak to – zapyta ktoś? Przecież żyjemy na ziemi w najbardziej materialny sposób. Na ziemi doznajemy szczęścia, choć nie omija nas też nic z tego, co na ziemi złe. Jak to się stało, że my – wybrańcy Pana Boga, chodzimy po ziemskich, jakże czasami pogmatwanych manowcach? Przypomina mi się w tym miejscu dobrze nam wszystkim znana ewangelijna opowieść o synu marnotrawnym. O synu, który czuje się już znudzony życiem pod opieką ojca, a przede wszystkim mu nie ufa, uważając, że zamyka on przed nim cały świat, chcąc go mieć tylko dla siebie. Postanawia więc zabrać swoją należność i wyjechać w odległe krainy, by na własną rękę szukać lepszego życia. Myślę, że często nasze życie podobne jest do takiej podróży marnotrawnego syna przez odległe krainy. Nie oglądamy się za siebie, nie myślimy o domu Ojca. Życie, zdrowie, talenty próbujemy tak wykorzystać, by na tej ziemi bawić się jak najlepiej. By na tej ziemi zbudować sobie taki dom, który nam zastąpi niebo i będzie od niego wspanialszy. Cóż nas wtedy obchodzą słowa Jezusa, który mówi: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele (…) idę przygotować wam miejsce. Zabiorę was do tego domu, byście i wy byli tam, gdzie ja jestem”. Nas to nie interesuje. My chcemy zbudować sobie własny świat, który będzie ciekawszy niż przebywanie z Bogiem w jednym domu. Zdarza się i tak, że za domem Ojca tęsknimy. Znów jesteśmy podobni do marnotrawnego syna, który się przeliczył, zbytnio ufając we własne tylko siły. Pieniądze się skończyły, przyjaciele odeszli, a on został sam. Wtedy dopiero pojmuje, że prawdziwe szczęście jest w domu ojca. Postanawia wrócić, by stać się choć służącym. Myślę, że każdy z nas przeżywa nieraz chwile, gdy jasno widzi, że szczęścia nie może dać nic poza bliskością z Bogiem i ludźmi; że dobrze byłoby być nam razem w domu Ojca w niebie – pod Jego opieką. Wiemy, że ewangelijna opowieść o synu marnotrawnym dobrze się kończy. Kończy się opisem uczty, którą na cześć powracającego syna wyprawił rozradowany ojciec. Marnotrawny syn znów siedział u jego boku. Był to już jednak inny człowiek. Zmieniło się jego myślenie. Już wiedział, co jest ważne w życiu. Nauczył się przyznawać do błędów. Był pewny miłości ojca. Doświadczenia, które przeżył, sprawiły, że był mądrzejszy od swojego starszego brata, który całe życie przesiedział w domu, ciągle jednak nie potrafiąc ufać ojcu i kochać jego ani brata. Myślę, że to dobrze, że chodzimy po manowcach ziemskiego życia. Dobrze, że nieraz nawet się pogubimy. Bylebyśmy wyciągali z tego właściwą naukę. Byleby to wszystko uczyło nas bardziej kochać. Bylebyśmy wracali do domu Ojca, zmierzając w stronę nieba, nawet zatrzymując się po drodze, ciągle jednak ufając, że On czeka na nas, że tęskni i nas wypatruje. I wybiegnie nam naprzeciw i rzuci się nam na szyję. Pomyślmy także, kto jeszcze oprócz Boga czeka na nasz powrót. Znany polski podróżnik i pisarz, Ryszard Kapuściński w książce Imperium, w której opisuje swoje spostrzeżenia z podróży po byłym Związku Radzieckim, przedstawia historię moskiewskiego kościoła pw. Chrystusa Zbawiciela. Otóż zwiedzając Moskwę, zobaczył miejsce szokujące swoją niezrozumiałością. W najbliższym sąsiedztwie Kremla – pełnego najcudowniejszych budowli – znajdował się kiczowaty, zniszczony basen. Zaciekawiony postanowił dowiedzieć się o nim więcej. Okazało się, że ma on swoją bogatą historię. W miejscu tym stała jedna z najwspanialszych świątyń świata. Wybudowano ją jako wotum wdzięczności za ocalenie Rosji podczas najazdu wojsk napoleońskich w 1812 roku. Świątynia była ogromna, bogato wykończona, lśniąca kosztownościami, wyposażona w najwspanialsze sprzęty. Jako dzieło sztuki – zachwycała, jako świątynia pełna ikon, miejsce sprawowania liturgii – wzywała do spotkania z Bogiem. Mijały lata i nadszedł dla Rosji czas, gdy każdy kościół był znakiem, który trzeba zniszczyć. Stalin kazał wykonać projekt pałacu poświęconego komunizmowi, nad którym górować miał ogromnych rozmiarów pomnik Lenina. Projekt wykonano. Trzeba było znaleźć miejsce na wzniesienie tej budowli, która w zamyśle komunistycznych władz miała przyćmić swym blaskiem każde dzieło stworzone do tej pory. Miała pokazać, że tylko człowiek zapatrzony w materię i własne siły potrafi tworzyć rzeczy naprawdę wielkie. Wybrano miejsce. Pałac Lenina miał powstać w miejscu kościoła Chrystusa Zbawiciela. Tygodniami wywożono ze świątyni kosztowności i dzieła sztuki, wiele z nich niszcząc. Obdarto ją z wszelkich ozdób. Po pewnym czasie oczom mieszkańców Moskwy ukazał się nagi, ogromnych rozmiarów ceglany gmach, który mimo to ciągle wydawał się nie do obalenia. Rozpoczęto wiercenia i umieszczono w szczelinach ścian dynamit. Pewnego dnia moskiewskim Kremlem wstrząsnął wybuch i zamiast cudownej świątyni można było zobaczyć sięgające nieba gruzowisko. Rozpoczęło się porządkowanie placu budowy. Nie to jednak dziwiło Kapuścińskiego. Zdumiewało go to, że tysiące ludzi patrzyło na to, co się dzieje, w milczeniu. Nikt nie protestował. Czy może oburzać taka postawa? Protest znaczył śmierć. Wszyscy potępiali w głębi serca tak wielkie barbarzyństwo, ale strach był silniejszy. Wywieziono gruz i można było rozpocząć budowę pałacu – wznoszonego wbrew Bogu i wbrew ludziom. Prace jednak nie ruszyły zbyt szybko. Być może zabrakło środków, może projekt okazał się zbyt trudny w realizacji, a może motorem dotychczasowych działań była tylko chęć niszczenia, nie wystarczyło zaś motywacji, by budować. Niszczyć jest łatwo – budować trudno. Teren budowy powoli zamieniał się w błotny staw pełen żab. Otoczono go drewnianym płotem, by zakryć go przed ludzkim wzrokiem. Na niewiele to się zdało. Biedny lud stolicy rozkradł niebawem deski, by ogrzać swoje mieszkania. Aby cokolwiek zrobić, wybudowano w tym miejscu basen. Ta historia może przerażać ogromem ludzkiej głupoty i rozmiarem zniszczeń. Lecz nie to jest tak naprawdę najstraszniejsze. Otóż burząc tak wspaniały gmach, zniszczono również ludzkie serca. Zdeptano ludzi. Wtłoczono w nich strach bądź obojętność. Nie na zawsze jednak. Dziś kościół Chrystusa Zbawiciela stoi odbudowany. Dowodzi tego, że nie można zniszczyć świątyni, bo kamieniami prawdziwej świątyni są ludzkie serca, które nawet deptane i ranione mogą się odrodzić. Odbudowany kościół przestrzega słowami świętego Pawła: „Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 17). Oto prawdziwy KOŚCIÓŁ. Bez ludzi z sercami napełnionymi wiarą, nadzieją i miłością, najpiękniejsze budowle są tylko smętnymi magazynami, tam zaś, gdzie jest żywa wspólnota wiary. Tam najskromniejsze mury stają się strzelistymi katedrami. Dziękujemy Bogu za dar naszych materialnych świątyń. Z wielką wdzięcznością myślimy o tych, którzy je wznosili i ciągle się o nie troszczą. Pamiętajmy jednak, że pierwszeństwo ma świątynia naszych serc, naszego człowieczeństwa. Najpierw zatroszczmy się, by „oddawać Bogu cześć w Duchu i prawdzie”. Może więc w pierwszej kolejności podziękować trzeba tym, którzy troszczą się, by świątynie były miejscem gromadzenia się radosnej, gorliwej, żywej wspólnoty uczniów Chrystusa. Dziękujemy każdemu, kto potrafi dostrzec w tym domu Chrystusa w Jego słowie i pod postacią chleba, ale także w drugim człowieku, wraz z którym staje przy jednym stole ołtarza. Tak wiele słyszymy o pielgrzymach zdążających ze wszystkich zakątków Polski na Jasną Górę. Niektórzy z nas może sami podejmowali trud takiego pielgrzymowania. Kto pielgrzymuje, uświadamia sobie, że być chrześcijaninem znaczy być ciągle w drodze. Nie mamy bowiem na tym świecie trwałego domu, ale zdążamy do domu, „którego architektem i budowniczym jest sam Bóg” – do nieba. Idąc w pielgrzymce życia, szukamy wsparcia tych, którzy na pielgrzymowaniu znają się lepiej, którzy wiedzą, gdzie jest cel drogi i jak drogę tę przemierzyć tak, by nie zabłądzić. W uroczystość Wniebowzięcia patrzymy na Maryję jako na przewodniczkę, która już osiągnęła cel ziemskiej pielgrzymki – zbawienie. Patrzymy na Maryję jako na Królową, bo przecież zbawienie jest wiecznym królowaniem. Jednocześnie świadomi jej matczynej roli wobec nas, prosimy ją o wstawiennictwo, byśmy i my mogli osiągnąć cel życia w niebie. Ona jest pierwszą wniebowziętą, ale i my mamy stanąć wraz z nią u boku Chrystusa zmartwychwstałego w Jego Królestwie Niebieskim. W uroczystość Wniebowzięcia patrzymy na Maryję i na niebo. Nie możemy jednak zapomnieć, że Maryja wniebowzięta to jednocześnie pokorna dziewczyna z małej miejscowości w izraelskiej Galilei – z Nazaretu, że to kobieta, która w prostocie swej wiary zgodziła się pełnić w swym życiu wolę Boga, odpowiadając „tak” na Jego zaproszenie, by stała się matką Syna Bożego. Dziś królująca w niebie, kiedyś uciekała do Egiptu, trzymając na rękach Jezusa; później słuchała Jego słów i rozważała je w swym sercu, krzątając się w nazaretańskim domu wokół codziennych czynności. Dobrze znamy życie Maryi. Nasza pobożność jest przesiąknięta nabożeństwem do niej. Tak często odmawiamy modlitwę Zdrowaś, Maryjo, różaniec, w maju śpiewamy Litanię loretańską, przy naszych domach tak wiele kapliczek z figurą Maryi, na naszych ścianach obrazy z jej wizerunkiem… Można byłoby długo wymieniać przejawy naszej maryjnej religijności. Łatwo jest wieszać obrazy, odmawiać modlitwy, łatwo nazywać Maryję królową i wniebowziętą. Trudniej kroczyć jej śladami. Śladami wiary, pokory, pełnienia woli Bożej, wsłuchiwania się w Jezusową Ewangelię. Ale to nie słowa i rozwieszone obrazy świadczą o naszej wierze, lecz życie. Z tęsknotą patrząc na niebo i spodziewając się własnego wniebowzięcia, żyjmy na tym świecie jak przystało uczniom Chrystusa. Maryja – najwierniejsza uczennica Pana – może być dla nas przewodniczką. Nazywamy ją często gwiazdą morską lub latarnią i słusznie, bo ona winna wskazywać nam cel naszej ziemskiej drogi, a światło jej przykładu oświecać powinno każdy nasz krok. Niech dziś Maryja nauczy nas pokory i gorliwej służby Bogu. Niech nauczy nas bardziej słuchać niż mówić. Niech pomoże nam pokonać pokusę złości, obmowy, kłamstwa. Niech nauczy nas dostrzegać piękno codziennych spraw i widzieć w nich możliwość realizacji powołania, jakim Bóg nas obdarzył. Niech nauczy nas ufać, że ostatecznym celem naszej ziemskiej pielgrzymki jest niebo.
Jezus przedstawiany w Ewangelii świętego Mateusza zaskakuje nas najpierw swoją oschłością. Początkowo do biednej kobiety, proszącej za swoją córką, nie odezwał się ani słowem, a potem mówi: „Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać psom” (Mt 15, 26b). Ostre słowa. Można powiedzieć – poniżające.
Jednak kobieta nie odchodzi. Spokojnie słucha tego wszystkiego, bo wie, po co przyszła. Ona nie tyle patrzy teraz na Jezusa, ile ma przed oczyma swoją udręczoną córkę. Córkę, którą kocha najbardziej na świecie. Mało ją obchodzi to, że jest ciasno, że ludzie się śmieją, że Apostołom puszczają nerwy, że Jezus mówi przykre słowa. Ona kocha swoją córkę najbardziej na świecie. Ona wie, że to, co robi w tej chwili, może okazać się ostatnią deską ratunku dla ukochanej córki. Wielka musiała być miłość tej matki! Mimo nieprzyjemnych słów Jezusa, ciągle za Nim biegnie i prosi – kłóci się z Nim niemal. Wszystko to dla córki. I wreszcie Jezus mówi: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara, niech ci się stanie, jak pragniesz!” (Mt 15, 28). Ewangelista dopowiada: „Od tej chwili jej córka była zdrowa”. Jaka wiara? Przecież to była poganka – niewierząca w Boga.
„Wielka jest twoja wiara”. Wiara czy miłość? Tak, to miłość matki do córki, która rozpalała serce kananejskiej kobiety, zmieniła słowa Jezusa.
Trudno się dziwić Jego początkowemu zachowaniu. Chodziły przecież za Nim tłumy ludzi. Uzdrów moją rękę, daj mi lepszy wzrok, niech mój sługa wyzdrowieje – wołali wszyscy dookoła. Ale czego tak naprawdę chcieli? Uzdrów moją rękę, wtedy już nikogo nie będę potrzebował, daj mi lepszy wzrok, a nie będę już potrzebował litości innych, uzdrów mego sługę, ja sobie będę leżał, a on zrobi wszystko. Prośby bez miłości. Prośby bez wiary, o jaką chodzi Jezusowi. Może początkowo krzyk kananejskiej kobiety niczym szczególnym się nie wyróżniał spośród innych głosów. Stąd oschła reakcja Jezusa. W końcu jednak zauważa jej wiarę. Wiarę, którą jest miłość do córki. Miłość prawdziwa, która nie waha się narażać na śmieszność w oczach ludzi, która jest rzeczywistą troską o dobro drugiej osoby. Pewnie matka ta od lat marzyła, by mogła córkę przytulić i z nią porozmawiać, a nie było to możliwe z powodu choroby. Jej miłość była miłością prawdziwą, która pragnie bliskości drugiej osoby bez wyrachowania. A tylko taki motyw może przekonać Jezusa.
Gdy sięgniemy po List do Rzymian świętego Pawła, dostrzeżemy zawartą w nim myśl, że Kościół, który powstaje z inicjatywy Jezusa, skupia w sobie zarówno wierzących Żydów, jak i pogan, którzy dopiero zaczynają wierzyć w Jezusa przekonani Jego miłością. Kananejska kobieta i jej córka to poganki. Nie wierzą więc w Boga Izraela, wtedy gdy rozmawiają z Jezusem. A On mówi: „Niewiasto, wielka jest twoja wiara”. Wiemy już, że wiarą tą była miłość. I to wcale nie miłość do Boga, ale miłość do córki.
Czy my mamy taką wiarę? Czy my mamy taką miłość?
Jezus chce nam powiedzieć: pomyśl, kogo kochasz tak, jak kochała kananejska kobieta? Pomyśl, o kogo jesteś w stanie tak walczyć, jak bohaterka Ewangelii? Kochasz tak kogoś? Jeśli nie, to nawet jeśli pobożnie siedzisz w kościele co niedzielę, twoja wiara nikogo i nic nie uzdrowi.
Jezus chce nam powiedzieć: nie zastanawiaj się, czy odpowiednio składasz ręce, czy sąsiad z kościelnej ławki uważa cię za dość pobożnego. Pomyśl, czy twoja wiara jest wiarą, która może nakłonić Boga, by powiedział: „Niech ci się stanie, jak pragniesz”. Czy taka jest twoja miłość?
Jesteśmy „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bogu na własność przeznaczonym” (1 P 2, 9). Jesteśmy mieszkańcami nieba, dzielimy dom z naszym Bogiem. Dom, w którym jest mieszkań wiele.
3.
4.

